Zmartwychwstanie Zbawiciela sprowadza błogosławieństwa nieśmiertelności i szansę na życie wieczne.. Kristuksen ylösnousemus toi tullessaan siunauksen saada kuolemattomuus ja iankaikkisen elämän mahdollisuus.
Zwracając się do Marty, rzekł: „Ja jestem zmartwychwstanie i życie. jw2019 Det är till exempel bara 24 procent av prästerna i Svenska kyrkan som menar sig kunna predika om himmel och helvete ”med gott samvete”, medan en fjärdedel av de franska prästerna till och med tvivlar på Jesu uppståndelse .
Jakby w nagrodę za swoją wiarę, usłyszała niezwykłą prawdę: "Ja jestem zmartwychwstanie i życie. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie". Życie cielesne i życie duchowe rządzą się innymi prawami. Źródłem życia duchowego jest łączność z Bogiem.
Jezus zapewnia ją: „Twój brat zmartwychwstanie”. Marta wyciąga wniosek, że ma on na myśli przyszłe zmartwychwstanie na ziemi — nadzieję, którą żywił Abraham oraz inne osoby. Daje wyraz swemu zaufaniu, że to na pewno się wydarzy: „Wiem, że zmartwychwstanie podczas zmartwychwstania w dniu ostatnim” (Jana 11:23, 24).
Świętuj niedzielę, duszo Moja, świętuj Zmartwychwstanie Moje! JEZUS: „Jam jest Jezus Zmartwychwstały. Ludu Mój, ludu umiłowany. Znam twój ból i
Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało, [wydane] za życie świata». 53 Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. 54 Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu
9 Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony - wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. 10 Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości. 11 Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce.
W słowniku polsko - niderlandzki Glosbe "Zmartwychwstanie" tłumaczy się na: Opstanding, opstanding, verrijzenis. Przykładowe zdania
Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. ( J 11, 25-26) Co oznaczają te słowa? I jeszcze proszę o pomoc w wyjaśnieniu : Śmierć w ujęciu chrześcijańskim. Potrzebne mi to na dziś jeszcze i bardzo proszę o pomoc ;)
Jana 14:6 – „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.” Chrystus był pierwszą istotą wskrzeszoną do życia wiecznego w niebie: Kolosan 1:18 – „on jest głową ciała, zboru. On jest początkiem, pierworodnym z umarłych, aby mógł się stać pierwszym we wszystkim” (NW).
0auJv. † „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”. J 11, 25 Dnia 29 marca 2018 roku odeszła do Pana nasza Siostra – ŚP. SIOSTRA Karola od Dzieciątka Jezus Urszula Breit przeżywszy lat 90; życia zakonnego – 69; profesji – 68. Msza święta pogrzebowa będzie sprawowana w środę, 4 kwietnia, o godz. w kaplicy Matki Boskiej Anielskiej w Laskach. Po Mszy świętej – pogrzeb na cmentarzu zakładowym. PANIE, PRZYJMIJ JĄ DO SWOJEJ ŚWIATŁOŚCI. „Siostry […] przez całe życie oddają cześć Bogu, aby Go kochać i wielbić kiedyś w niewypowiedzianym szczęściu”. Matka Elżbieta Czacka Siostra Karola – Urszula Regina Breit, córka Gertrudy i Józefa, urodziła się w Bydgoszczy 22 października 1927 roku. Był to miesiąc różańcowy, sobota, około północy – dzień Matki Bożej Dobrej Śmierci oraz urodzin Matki Elżbiety Czackiej, która ją 21 lat później przyjmowała do zgromadzenia. Dla późniejszej s. Karoli te zbieżności dat były niezmiernie ważne. Wychowanie w domu było bardzo surowe, zwracano uwagę zwłaszcza na posłuszeństwo, prawdomówność, uczciwość, sumienne wykonanie pracy, punktualność. Głośno odmawiano pacierz rano i wieczorem, a modlitwę Anioł Pański w południe. W jubileuszowych wspomnieniach w 2000 roku s. Karola zapisała: „Już jako dziecko uczono mnie cerować, szyć sukienki dla lalek, ale nie byle jak. Jak mi się już znudziło szycie i jeszcze miałam przyszyć zatrzaski, powiedziałam, że nie umiem. To było słowo, którego nie wolno mi było używać. Tłumaczono mi, że trzeba mówić: nie potrafię, ale spróbuję, bo dla chcącego nie ma nic trudnego”. Urszulka była dzieckiem o żywym temperamencie, szybko nudziły ją obowiązki, więc często starała się rychło je zakończyć, by podjąć zabawę. Poprzez wymagania, karcenie i różne nauczki, wynikające z zachowania dziewczynki, babcia wpajała jej lekcje życiowe: co jest właściwe, co prawe, jak się nie zachowywać. Siostra Karola zapisała w swoich wspomnieniach: „…dzięki temu że zwracano mi uwagę i nic mi nie uszło na sucho, wyrosłam na to, czym byłam i jestem. (…) W domu byli wszyscy dla mnie bardzo dobrzy, choć wychowanie miałam surowe, ale to dla mojego dobra, żebym nie zboczyła z dobrej drogi”. Od wczesnego dzieciństwa Ula była bardzo pobożna. W tamtych czasach liturgia była po łacinie, a ona szybko opanowała całą ministranturę i klęcząc przy balaskach podpowiadała chłopcom, którzy nie znali prawidłowych odpowiedzi. Jej marzeniem było służyć do Mszy i żałowała, że nie jest chłopcem. W którymś momencie nawet usilnie nalegała, by ksiądz przyjął ją do grona ministrantów i przekonywała, że poradzi sobie lepiej od chłopców. Żartobliwe stwierdzenie kapłana, że musi tylko obciąć długie warkocze, by zostać ministrantem, przyjęła na poważnie. W domu nie dawała sobie wytłumaczyć, że był to tylko żart. Następnego dnia, urażona, wykrzyczała księdzu, że tak ją okłamał. Druga wojna światowa przyniosła młodej dziewczynie tragiczne przeżycia: bieda, głód, zagrożenie życia, niebezpieczeństwo gwałtów. W tych trudnych czasach moc i oparcie znajdowała w modlitwie, w opiece Jezusa i Matki Najświętszej, którym się z ufnością powierzała słowami swojej modlitwy: „Matko moja, otaczaj mnie swoim płaszczem, uczyń z niego dla mnie tarczę i osłonę. Pozwól mi pod nim bezpiecznie stać, póki nie przeminą burze i niebezpieczeństwa. W ranach Pana Jezusa i w sercu Maryi chronię się teraz i zawsze. Kochana moja Matko, razem z Twoim miłym Dzieciątkiem, błogosław mi”. Siostra Karola całe życie głęboko przekonana była o bliskości Jezusa i Maryi, którzy wyprowadzili ją wówczas z wszelkich niebezpieczeństw. W czasie okupacji Urszula kontynuowała naukę w szkole powszechnej, którą ukończyła w 1942 roku. Od września 1942 do stycznia 1945 uczestniczyła w seminarium nauczycielskim prowadzonym w języku niemieckim – początkowo w Kościerzynie, a od 1944 roku – w Bydgoszczy. W szkole panował rygor, na miasto można było wychodzić tylko z przepustką, którą przyznawano co dwa tygodnie, w godzinach od 15 do 18. Nie wolno było chodzić w niedziele do kościoła. Urszula wraz ze swoją przyjaciółką znalazły księdza, który zgodził się co dwa tygodnie je wyspowiadać i udzielić Komunii świętej. W te dni oddawały swoje śniadania i obiady innej koleżance, a same zachowywały post eucharystyczny, który obowiązywał od północy do momentu Komunii. Na początku roku 1945 Urszula wyjechała na kilka miesięcy do Gdańska. Ponieważ miała ukończony kurs Czerwonego Krzyża, więc zgłosiła się tam pracy i została skierowana do przychodni we Wrzeszczu, gdzie dojeżdżała każdego ranka. Przeżyła zburzenie Gdańska przez Armię Czerwoną i kolejne zagrożenie życia ze strony żołnierzy. Ukrywała się długo, koczując w gruzach lub ukrywana przez życzliwe kobiety. Jakiś czas była też gońcem, dostarczając przesyłki pieszo, gdyż nie było środków komunikacji. W maju 1945 roku zdecydowała się wrócić do Bydgoszczy. Jej sytuacja w powojennych realiach była bardzo niepewna, nie wiedziała, co ze sobą począć. Znajomi poradzili jej wyjechać na wieś, aby przeczekać najgorszy czas. Wyjechała więc i spędziła na wsi prawie rok. Miała wówczas osiemnaście lat i mimo że czuła się mieszczuchem, szybko nauczyła się i polubiła ciężką pracę w gospodarstwie, zwłaszcza żniwa i sianokosy oraz powożenie końmi. Po przeprowadzce właścicieli gospodarstwa, Urszula wróciła do Bydgoszczy. Podjęła pracę u młodego małżeństwa z trojgiem dzieci. Rodzina ta pomogła jej wyrobić dowód tożsamości i polskie obywatelstwo. Początkowo miała opiekować się tylko dziećmi, z czasem, ze względu na częste choroby matki, prowadziła właściwie cały dom. Obowiązki zaczęły przerastać jej możliwości i siły. Mimo miłości do trójki dzieci, odeszła z tej pracy. Znalazła zajęcie w szpitalu chorób płucnych, prowadzonym przez siostry elżbietanki, jako pomoc w sali opatrunkowej i operacyjnej. W pracy czuła się dobrze. W szpitalu była kaplica i możliwość uczestniczenia we Mszy świętej. A jednak po jakimś czasie zaczęła odczuwać niepokój, nie mogła sobie znaleźć miejsca i znowu nie wiedziała, co z sobą począć. Przełomowym momentem okazało się spotkanie i spowiedź u o. Szymańskiego, jezuity, który roztoczył nad nią opiekę i wprowadził do Apostolstwa Modlitwy. Spotkała tam Lusię Zatorską – przyszłą s. Teofilę, Jankę Niszczotę – późniejszą s. Emilię i Stanisławę Nowodworską – znajomą m. Benedykty Woyczyńskiej. To właśnie ojcu Szymańskiemu zwierzyła się ze swoich niepokojów. I to on zdecydowanie wskazał jej drogę życia zakonnego i to konkretnie – w Laskach. Wybrała się tam, z zamiarem wstąpienia, w towarzystwie p. Nowodworskiej 15 sierpnia 1948 roku. Po latach, tak s. Karola wspominała tę wizytę: „Od przystanku idziemy przez las, dochodzimy do kaplicy i od razu powiedziałam sobie: tu moje miejsce, gdzie indziej nie pójdę”. Po trzech dniach pobytu w Laskach, zdecydowana była zostać od razu na stałe. Wróciła jednak na trzy miesiące do Bydgoszczy, by zakończyć pracę w szpitalu. Przyjechała do Lasek 5 grudnia 1948 r. i tego samego dnia dostała chusteczkę aspirancką. 19 grudnia 1948 roku została przyjęta do postulatu przez Matkę Założycielkę; 14 sierpnia 1949 rozpoczęła nowicjat. 15 sierpnia 1950 roku złożyła pierwsze śluby, a profesję wieczystą 15 sierpnia 1956 roku. W ciągu lat życia zakonnego s. Karola pracowała najpierw w internacie dziewcząt, a następnie w zakrystii; w szkole – w klasie robót, po czym ponownie w zakrystii – tym razem, aż dziewiętnaście lat. Od września 1978 roku trzy lata była przełożoną domu w Izabelinie, gdzie prowadziła jednocześnie katechizację. W latach 1981-84 z kolei pełniła funkcję przełożonej i kierowniczki ośrodka w Sobieszewie. Stamtąd przeszła do wspólnoty w Żułowie, gdzie odpowiadała za budowę Domu Nadziei. Siostra Karola wspominała: „Placówki: Sobieszewo i Żułów przeraziły mnie, bo miałam zajmować się budową. Nie miałam pojęcia co to nypel, łaty, krokwie itd. Przecież nie umiem nic, na planach się nie znam. Przypomniały mi się słowa babci: «Nie mów: nie umiem, ale spróbuję, może się uda». I tak, nieraz ze łzami, polewany, powstał dom w Żułowie”. Po ukończeniu budowy siostra wróciła do Lasek, do pracy w Dziale Darów, gdzie służyła trzynaście lat (1989-2002). Miała szerokie kontakty, zwłaszcza z niemieckojęzycznymi dobroczyńcami Lasek. Wielokrotnie gościła ich w zakładzie i sama często wyjeżdżała zagranicę. Zawarła wiele przyjaźni. Ich znakiem było ufundowanie siostrze przez zagranicznych przyjaciół pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku jej złotego jubileuszu profesji (2000). Utrzymywała z nimi kontakt i otrzymywała od nich sporo korespondencji oraz znaków życzliwej pamięci, jeszcze wiele lat po zakończeniu bezpośredniej współpracy. Oprócz pracy w Dziale Darów, s. Karola przez wiele lat troszczyła się o liturgię w kaplicy laskowskiej: prowadziła modlitwy sióstr, ustalała grafik dyżurów, przygotowywała pieśni na rzutniku oraz prowadziła scholę, która podtrzymywała tradycję śpiewu gregoriańskiego podczas niedzielnych Mszy świętych. Od kwietnia 2002 do lutego 2003 roku s. Karola była ponownie przełożoną w Sobieszewie i organizowała życie domu po 10-letniej przerwie spowodowanej pożarem. Natomiast we wcześniejszych latach, gdy jeszcze nie było tam wspólnoty, dom służył w czasie wakacji na kolonie dla dzieci lub turnusy dla dorosłych niewidomych, których siostra była przez wiele lat niezapomnianym gospodarzem, organizując wiele pomysłowych atrakcji i niespodzianek dla uczestników. Częstym gościem tych turnusów był metropolita gdański abp Tadeusz Gocłowski, który szczerą przyjaźnią darzył „Laski” w Sobieszewie, a samej s. Karoli często wysyłał listy ze znakiem wdzięczności, pamięci i pasterskim błogosławieństwem. Choroba przerwała kadencję przełożeńską s. Karoli. Po powrocie w 2003 roku do Lasek, do Domu św. Franciszka, siostra zaangażowała się w „adopcję serca” naszych niewidomych dzieci z ośrodków w Indiach: korespondowała z rodzicami adopcyjnymi, wysyłała życzenia, organizowała dla nich spotkania w Laskach. Z czasem choroba uniemożliwiła i to zajęcie. W 2010 roku, po dłuższym pobycie w szpitaliku, siostra przeszła do Domu św. Rafała, na oddział chorych sióstr. Pomimo coraz większych trudności w samodzielnym poruszaniu i narastających dolegliwości bólowych, s. Karola prosiła, aby nie dawać jej leków uśmierzających ból, bo – jak przypominała – Pan Jezus także cierpiał. Zawsze pragnęła uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach i uroczystościach laskowskich, zakonnych czy domowych. Nawet wówczas, kiedy już nie opuszczała swojego łóżka, a słyszała, że siostry wybierają się gdzieś razem, pytała: „A weźmiecie mnie?”. Siostra Karola lubiła, aby z nią i przy niej modlić się różańcem, koronką, a wieczorem Kompletą. Kiedy już było jej trudno głośno mówić, łączyła się w modlitwie tylko słuchając, a na zakończenie mocnym głosem mówiła: „Amen”. W czasie długiego odchodzenia i trwającej kilka dni agonii, codziennie przychodził do siostry ks. Kazimierz Olszewski, aby pomodlić się i udzielić siostrze absolucji. Odwiedzały ją także siostry z innych domów i zaprzyjaźnione bliskie osoby, a domowe siostry czuwały przy s. Karoli na modlitwie, w ciągu ostatnich dni i nocy. W Wielki Czwartek późnym wieczorem o g. kiedy w laskowskiej kaplicy wszyscy adorowali w ciszy Pana Jezusa w ołtarzu przechowania, s. Karola, w czasie odmawianej głośno przy niej Komplety, odeszła na wieczną liturgię do Domu Ojca.
Wielu w dzisiejszym świecie nie wierzy w zmartwychwstanie i życie czekające człowieka po śmierci. Nie mieści się im w głowie to, co jest z drugiej strony najgłębszym pragnieniem ludzkiego serca. Przecież, w powszechnym doświadczeniu egzystencjalnym, tym, co postrzegamy jako najbardziej niesprawiedliwe, są utrata młodości, spadające na nas cierpienia i na koniec śmierć. One to uderzają najboleśniej, depczą ludzką godność. Nienawidzimy ich i w głębi serca pragniemy czegoś innego - szczęścia. Jednak szczęściem, którego pragniemy nie jest nieskończony czas, nie jest niekończący się byt, w nieskończoność przedłużane istnienie. Jest przeżywanie czegoś teraz. Doświadczanie nieprzemijającej życiowej satysfakcji, potężnego zakochania, tkwienia w czymś, co toczy się tu i teraz, i jest trwałe, co jest mocne i nie przestaje nas do głębi angażować. Pragniemy dynamicznej wieczności. Tymczasem nasze życie stale zadaje gwałt takim tęsknotom. Możliwości nasze przemijają i stopniowo kończą się. Wyschły nasze kości, minęła nadzieja, już po nas - biadali współcześni prorokowi Ezechielowi Żydzi. Zło nas przygnębia, ale nie wierzymy, że może być inaczej. Czego człowiek na dnie serca pragnie najgłębiej, tego nawet nie potrafi się spodziewać. Pogrąża się w czymś zimnym, co nazywa realizmem, a nie jest to nic innego jak rozpaczliwy pesymizm. Spragnieni proroków tego świata, ludzi, którzy wniosą w nasze życie choć trochę ożywczego tchnienia, z radością przyjmujemy każdego, kto wieści dostatniejszy byt, zdrowsze i dłuższe życie, lepsze prawo i szansę na pokój. Jednak jeśli, ktoś ogłasza pokonanie zła i życie wieczne, jest to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Nie możemy w to uwierzyć. Przyszedłem w imieniu Ojca mojego, a nie przyjęliście mnie, gdyby kto inny jednak przybył we własnym imieniu, to byście go przyjęli - mówi Chrystus i słowa te trafiają w sedno. Są prawdziwe do bólu. Ileż już razy różni reformatorzy ponosili w historii długofalowe klęski, a z drugiej strony iluż świętych pokazało swoim życiem, długofalową skuteczność Ewangelii, a jednak... Chrystus otworzył nam drogę. Dokonał tego swoją śmiercią i zmartwychwstaniem. Zanim jednak one się dokonały dał znak, jeden znak wyjątkowo spektakularny - dokonał wskrzeszenia Łazarza (J 11,1-45). To wydarzenie, skomentowane w rozmowie z Martą, stało się kwintesencją całego Chrystusowego posłannictwa. Jestem Mesjaszem posłanym przez Boga! Jego Synem! Ale co to znaczy? Na czym polega misja Mesjasza? Wyjaśnia ją niemal każdy krok, który uczynił Chrystus tamtego dnia. Najpierw Maria i Marta posłały po Jezusa w nadziei, że przybędzie na wieść o chorobie Łazarza, swego przyjaciela. A jednak Chrystus nie wysłuchał prośby. Zapowiedział uczniom, że choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej i czekał. Tymczasem wszyscy, tak rodzina Łazarza jak i uczniowie, a nawet Żydzi z tłumu, skłonni byli wierzyć, że Jezus władny jest uzdrowić chorego, jednak więcej nie bardzo mieściło im się w głowie. I Jezusowi będzie chodziło właśnie o to „więcej”. Dokona znaku na miarę wielkich zamysłów Bożych, znaku który będzie miał pokazać, jakimi drogami działa w człowieku Bóg. A więc przede wszystkim Bóg nie uzdrowi z choroby, ale jakby poczeka. Dopuści śmierć, aby potem dopiero interweniować. Z drugiej strony jednak Bóg w Osobie swojego Syna nie będzie akceptował śmierci. Pokaże, że nie cieszy się nią, przeciwnie, będzie nad nią bolał i płakał z powodu śmieci człowieka. Każdy człowiek jest Synowi Bożemu bliski jak Łazarz i Syn płacze na każdym naszym pogrzebie. A jednak przychodzi ze swoją główną zbawiającą interwencją dopiero po naszej śmierci. Dopuszcza naszą śmierć. Dlaczego? Pokazuje to Jezus w wydarzeniu wskrzeszenia Łazarza. Gdyby Jezus przyszedł, gdy Łazarz jeszcze żył i uzdrowił go, wtedy Łazarz kontynuowałby swoje ziemskie życie. Tymczasem Jezus przychodzi, gdy Łazarz już jest w grobie, wkracza po czterech dniach, gdy w ciepłym klimacie ciało już się rozkłada. W ten sposób, wskrzeszając, Jezus pokazuje, że daje człowiekowi nowe życie, a nie kontynuuje stare. Oczywiście jest to tylko wskrzeszenie, nie jest to jeszcze zmartwychwstanie, takie jak u Jezusa, ale wskrzeszenie to zostaje tak zaaranżowane, by stało się znakiem tego, co Bóg zamierza wobec człowieka, co jest zadaniem Mesjasza przysłanego na ziemię od Boga. O swoich Mesjańskich zadaniach rozmawiał Jezus najpierw z Martą i Marią, jeszcze zanim dokonało się wskrzeszenie ich brata. W ten sposób słowa Jego stały się komentarzem do znaku, który miał się za chwilę dokonać. Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł ( - mówi z wyrzutem Marta. Brat twój zmartwychwstanie ( - odpowiada Jezus, odwołując się do tego, w co wierzyła już część Żydów, będąca pod wpływem faryzeuszy. I Marta wierzy w powszechne zmartwychwstanie u kresu czasów. Ale Jezus obwieszcza rzecz nową. Po to tu przybył, właśnie jakby za późno, aby to ogłosić. Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (w. 25-26). Ogłasza to jako Mesjasz i Marta prawidłowo to rozumie: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat (w. 27). Jezus przyszedł jako Mesjasz, a Żydzi spodziewali się po Mesjaszu ocalenia bytu narodowego, pokonania Rzymian i przywrócenia Królestwa w Jerozolimie. Nikt nie rozumiał, jakim Mesjaszem naprawdę będzie Boży wysłaniec, tak że Jezus musiał stale unikać nieporozumień. I oto nadchodzi dzień, kiedy można wreszcie pokazać w sposób zrozumiały, jakim Mesjaszem jest Syn Boży. Jest Mesjaszem, który przyszedł na świat, by dać ludziom zmartwychwstanie i życie wieczne. Przede wszystkim to, a wszystko inne niejako dodatkowo, aby pomóc im przyjąć ten główny dar. Taki jest cel działania zbawczego Boga, dla którego poświęca się On w ludzkim ciele, by stanąć przeciw złu i śmierci. Nie jest celem Boga przywracanie królestwa Bożego na ziemi w jakiejkolwiek postaci, przedłużanie ludzkiego bytowania w tym chorym od grzechu świecie, celem Boga jest dopuszczenie do śmierci i zaraz potem danie nowego życia. Przeprowadzenie nas przez bramę śmierci do nowego życia. Wskrzeszenie Łazarza jest tego wyraźnym i czytelnym znakiem. Zapowiada zmartwychwstanie ludzi, jakiego ma dokonać Bóg przez Chrystusa, a następujące kilka dni później zmartwychwstanie Chrystusa jest już pierwszym tego powszechnego zmartwychwstania aktem. Bóg już działa! Życie wieczne jest już w zasięgu ręki człowieka. Jest darem Ojca. Jezus, nim przywróci do życia, dziękuje za niego Ojcu, bo my nie potrafimy być wdzięczni za ten największy dar, jaki dla nas przygotowano. A kiedy zespoli się sercem z Ojcem Jezus zawoła do Łazarza i do nas, zawoła głośno, bardzo głośno: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! (w. 43) A wtedy wielu spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego (w. 45). Warto dać się wstrząsnąć myślą, co za dar został nam dany. Diakon Jan, kwiecień 2011
W najbliższy poniedziałek ( widzimy się o godz. 19:00 na spotkaniu Esencji w salach DA. Będziemy analizować rozdział 11 Ewangelii św Jana. Zastanowimy się co oznaczało wskrzeszenie Łazarza, jak się ono dokonało i dlaczego ten cud tak bardzo zaniepokoił faryzeuszy, a także odpowiemy sobie na pytanie kim dla Jezusa byli Łazarz, Maria i Marta. O 20:30 rozpoczniemy adorację w kaplicy akademickiej, a po niej zapraszamy na integrację. o. Łukasz, Zuza, Szymon Nawigacja wpisu